Przybywam z drugą częścią pierwszego rozdziału! Zapraszam do czytania i komentowania! :))
~*~
Nazajutrz obudził mnie potworny ból głowy. Przykra konsekwencja nocnych harców. Przetarłam oczy, rozmasowałam skronie i rozejrzałam się uważnie. Dlaczego, u diaska, leżałam zupełnie naga, a dookoła zostało porozrzucane męskie odzienie, butelki po rumie, drobne przedmioty użytku osobistego oraz stosy splamionego pergaminu? Gdzie podziałam własne rzeczy? Nie potrafiłam sobie przypomnieć, jak wylądowałam w tamtej kajucie. Najwidoczniej już do kogoś należała. Promienie słoneczne, wpadające przez dwie maleńkie szyby, demaskowały kurz. Wnętrze przypominało stajnię Augiasza.
Na jednym z krzeseł dostrzegłam coś, co teoretycznie mogłabym założyć, ale praktycznie ubrania również posiadały właściciela. Biała koszula, ciemne spodnie, szeroki pas i buty. Walczyłam ze sobą, dokąd pokładowe odgłosy się nie wzmogły. Wówczas naciągnęłam prześcieradło pod samą szyję, pochwyciłam elementy garderoby, następnie odziałam nimi gołe ciało.
Chwilę później wychyliłam ostrożnie głowę zza skrzypiących drzwi, pragnąc przed wyjściem wybadać odrobinę terenu. Panował istny zamęt. Załoganci Czarnej Perły uwijali się niczym mrówki. Wznoszono żagle, ciągnięto liny, taszczono ciężkie załadunki. Jedni krzykiem ponaglali drugich. Olbrzymi, jednooki mężczyzna dyrygował twardo innymi, musiał być bosmanem. Praktycznie nikt nie stał bezczynnie, wolano chyba czymkolwiek zająć ręce, niż marnować czas. Wyraźnie mieliśmy spore opóźnienie. Wiedząc, iż powinnam była prędko znaleźć sobie miejsce, gdyż inaczej otrzymałabym srogą karę, dopadłam pierwszą lepszą rzecz. Puste wiadro.
− Witam panienkę na Czarnej Perle! − zadudnił niski głos za moimi uszami.
Podskoczyłam lekko, upuszczając przy tym drewniany przedmiot.
− Wybacz, zapomniałem wczoraj podać swego imienia. Jestem Joshamee, lecz wszyscy mówią mi Gibbs.
Przywitała mnie twarz uśmiechniętego, brodatego pirata. W prawej dłoni trzymał zwój map, lewej zaś lunetę. Dygnęłam grzecznie.
− Dzień dobry, ja to... − Cholera. Co jeżeli wiedzieli kogo poszukiwała flota? Gdybym została zdemaskowana, posłużyłabym jako przynęta, oni zgarnęliby okup i pozamiatane. Przełknęłam wolno ślinę. − Jane Harvey. Miło pana poznać.
− Podejrzewam, że nie czujesz się dziś najlepiej. Rum ma niestety dwa oblicza.
Doznałam zażenowania. Ciekawe, jak odbierają tu kobietę niestroniącą od kieliszka. Panowie, z którymi dotychczas piłam, zazwyczaj okazywali zadowolenie. Wykluczając oczywiście porządniejszych.
− Ciężko stwierdzić. Bardziej męcząca jest dezorientacja. Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego zajęłam czyjeś posłanie i... − skrępowanie odcisnęło piekące ślady na moich policzkach. − Spałam nago.
Joshamee poczerwieniał, gładząc przerzedzoną czuprynę.
− Spokojnie. Postanowiłem oddać ci swoją kajutę. Niewieście nie przystoi spoczywać wśród mężczyzn, a mi tam korona z głowy nie spadnie. Osobiście cię do niej zaprowadziłem. Wszyscy, łącznie ze mną, byli zbyt pijani, aby zdołać niepokoić damę. Halkę musiałaś ściągnąć sama - ostatnie zdanie wzmogło niezręczność.
Kto by myślał zadawać tego typu pytania dopiero poznanemu piratowi. Swoją drogą, nie zastałam jeszcze tak kulturalnego łotra. Mówił całkiem rzeczowo, dlatego uwierzyłam. "Jeśli spotkam więcej podobnych mu wyjątków, może polubię tą bandę" − pomyślałam.
− Zawsze byłem przeciwny zabieraniu kobiety na pokład, bo przynosi murowany pech, ale przy Jacku żadne fatum nam nie straszne. Jestem jego prawą ręką, znamy się jak łyse konie. Pewnie słyszałaś o nim co nie co, musisz ocenić ile prawdy zawierają pogłoski. Dziwactwa kapitana trzeba zaakceptować. Pamiętaj także, aby darzyć szacunkiem Czarną Perłę. Kocha ją bardziej od własnej matki.
Szczerze powiedziawszy, słuchałam mało uważnie. Odpłynęłam bowiem myślami. Nagliło mnie wiele spraw, wypadałoby zacząć węszyć.
− Rozumiem. Są na statku miejsca zakazane dla załogi? Widzisz, nie chciałabym rozzłościć kapitana, wchodząc przez pomyłkę tam, gdzie nie powinnam − udałam niewiniątko. Gibbs łyknął haczyk.
− Raczej nie, jednak lepiej bez konkretnego powodu nie odwiedzać gabinetu oraz kajuty Jacka. Szczególnie, gdy pracuje. Znajdują się poniżej pokładu. Chociaż nikogo jeszcze nie obdarł za to ze skóry − zarechotał.
Świetnie! Wystarczyło jedynie ustalić porę i przystąpić do dzieła! Sparrow tymczasem trzymał ster, wpatrując się równocześnie w kompas.
− No dobrze, obowiązki naglą. Otrzymałaś już konkretne zadanie? − spytał mój rozmówca, a ja zaprzeczyłam. − Będziesz asystentką Mensfalda.
Przywołał ciemnoskórego kamrata.
− Weź Jane pod opiekę, tudzież naucz czego potrzeba.
Niejaki Levis nie sprawiał pozytywnego wrażenia. Spojrzeniami okazywał pogardę. Wykonując choćby najprostszą czynność, demonstrował narcyzm. W oczach tego pirata byłam marnym, niezdolnym dziewczątkiem. Chętnie dałabym popalić bufonowi.
− Zgaduję, że nie potrafisz pleść lin − rzucił tonem pełnym wyższości.
Stanęliśmy nad koszem długich, bawełnianych wstęg. Przykucnęłam, wyjęłam dwie pary, po czym zaczęłam przebierać zwinnie palcami.
− Ocenisz, kiedy skończę.
Z nowo powstałych sznurów należało stworzyć buchty, czyli specjalne zwoje. Żmudne zajęcie. Dodatkowo zanudzanie mojej osoby stanowiło punkt honoru Mensfalda. Przeszło dwie godziny rozprawiał o niezmiernie ekscytujących węzłach. Rozumiem wiele. Naprawdę. Mógł dumnie prezentować miano eksperta, lecz ile przystoi?!? Nawet nie udałam zainteresowanej.
− Do cumowania służy ten żeglarski, rybacki, łańcuchowy, sztyk. Jeszcze polowy podwójny − powtórzył setny raz.
Ziewnęłam ostentacyjnie, co mój nowy współpracownik celowo zignorował. Oczekując niebiańskiego wybawienia, próbowałam nakreślić plan działania. Jakiegoż cudu miałam poszukiwać? Wiara, iż Jack przechowuje magiczne mikstury na wszelkie przypadłości, oznaczałaby obłąkanie. Zbiór czarodziejskich przepisów również brzmiał irracjonalnie. Może dotąd bliżej nieokreślony ratunek sam nasunie mi się pod ręce? Oh, iście złodziejskie marzenie.
Niespodziewanie pewien majtek, którego imienia nie zdążyłam poznać, odciągnął gdzieś Mensfalda. Uff, męki dobiegły końca. Porzuciłam wykonywaną czynność, ustaliłam miejsce pobytu kapitana i ruszyłam żwawym krokiem przed siebie. Nic nie zapowiadało, by Sparrow przerwał sterowanie statkiem. Postanowiłam wykorzystać sprzyjającą sytuację. Niestety, napotkałam pewną przeszkodę...
Uderzyłam całym ciałem w coś twardego. Hmm... Nie było to nic innego jak męska klata. Po uniesieniu wzroku, ujrzałam wysokiego, niebieskookiego blondyna. Czy tylko ja jedyna nie rumienię się na widok przystojnej twarzyczki?
− Przepraszam, wszystko dobrze?
− Jeśli spodziewałeś się zawrotu głowy, muszę cię rozczarować - parsknęłam zirytowana.
− Skądże. Nie przypuszczałem nawet, bym zetknął się z kobietą na okręcie. Piękne zaskoczenie... − pirat zmierzył mnie spojrzeniem.
− Daruj sobie!
− Zaczekaj! Nie pomyślałem o niczym, szarpiącym twoją godność.
Jeden potężny sus nieznajomego i kroczyliśmy blisko siebie. Chwilę potem przystanęliśmy.
− Od niedawna wiedziesz los kamrata, mam rację? Skoro obcy ci widok płci przeciwnej między piratami...
− Krótko, lecz widziałem więcej niźli większość tych starych, morskich wyjadaczy. Który zwiedził choćby legendarną Bimini*, hm?
Zjeżyłam się. Jestem przekonana, iż w moich oczach zatańczyły iskierki.
− Źródło wiecznej młodości, powiadasz? Znasz coś jeszcze niebywałego? Słyszałam również o azteckiej klątwie oraz luku Dave'go Jonesa, to prawda?
− No proszę, tak młoda, a tak obeznana. Mogę przekazać, co mi opowiedziano. Pytanie tylko, czy rzeczywiście lubisz historie z dreszczykiem?
Już otwierałam usta, kiedy rozległo się znaczące chrząknięcie. Oboje zdębieliśmy, widząc Jacka Sparrowa tuż obok. Czyżby podsłuchiwał?
Już otwierałam usta, kiedy rozległo się znaczące chrząknięcie. Oboje zdębieliśmy, widząc Jacka Sparrowa tuż obok. Czyżby podsłuchiwał?
− Przepraszam, że przerywam pogawędkę szanownemu państwu, lecz jak mnie słuch nie myli, bosman pragnie kogoś widzieć − zwrócił się do młodzieńca. Ten, uciekł prędko zupełnie spłoszony. − A podłogi same nie zaczną lśnić.
Niby miałam je szorować? Pff! Gdyby to nie wystarczyło, rzucił mi pod nogi paskudną ścierę. Próbowałam całą sobą zapanować nad chęcią oplucia jego pijackiej gęby. Zaprzepaściłabym wielką szansę, ale cóż... Satysfakcja ogromna. Podniosłam szmatę wbrew zamiarom, łypiąc wściekle na kapitana. Podszedł bliżej. Uniósłszy kąciki ust, oparł łokieć o balustradę. Zareagowałam przeciwnie, fukając niczym rozjuszona kotka.
− Stałaś się atrakcją załogi.
− Zdziwiony? Piękno cieszy oczy - zadarłam wyniośle podbródek. Niech wie z kim rozmawia.
− Zwłaszcza łajdaków, najbardziej złaknionych przyjemności − zaakcentował dobitnie każde słowo i uchwycił moje przedramię.
− Nie zamierzam zaspakajać samczych popędów, więc łapy precz, panie Sparrow.
− Jak już, kapitanie Sparrow. Płyniesz pirackim okrętem, gdzie żądzę JA! Wykonujesz polecenia, albo mówimy sobie "hasta la vista", czaisz malutka? Właśnie, wspominałem o pistolecie z jedną kulą? − tryumfalny wyraz twarzy mężczyzny, niemal wywołał we mnie furię.
− Tak jest panie kapitanie − syknęłam przez zaciśnięte zęby.
− Znacznie lepiej. Bez obaw, odkryję po jakie licho zaciągnęłaś tu swój śliczny tyłeczek. Paniusia piratem, dobry żart.
− Powodzenia.
− Tobie bardziej się przyda. Miłej roboty!
Myślicie, że okazał tym szczyt bezczelności? Otóż nie! Zakończywszy naszą wymianę zdań, wziął na stronę pierwszego oficera, aby mruknąć "dyskretnie" do jego ucha:
− Nie spuszczaj smarkuli z oczu.
Gibbs wyraźnie zdradził swe rozdarcie. Wpierw niewyraźnie mamrotał usprawiedliwienia, później wykonywał nerwowe gesty. Chyba darzył moją osobę nicią sympatii.
− Wypatruj też bacznie "Anny". Nasz drogi Hektor musi być blisko! − dopowiedział Jack, wykonując zamaszysty obrót.
Skończony sukinsyn, jeszcze mu pokażę! Gdy tylko zdobędę potrzebne informacje, nic nie stanie mi na drodze.
Joshamee chcąc lub nie, natychmiast podporządkował się poleceniom przełożonego. Wystarczyło, iż postawiłam malutki krok, on czynił to samo. Nieustannie towarzyszył mi cień typa o niedźwiedziej posturze. Targnęła mną frustracja. Dobrze, wypoleruję im ten pieprzony pokład, pod warunkiem, że nie będę obserwowana. Moje poniżenie nie stanie się publiczną atrakcją. Demonstrując bunt, usiadłam skrzyżnie nieopodal słupa z bocianim gniazdem. Oficer pokręcił jedynie dezaprobująco głową. Łagodna reprymenda.
Przeczekałam tak, aż do zachodu słońca, obserwując mewy oraz członków załogi, którzy usiłowali omijać mnie wzrokiem szerokim łukiem. Dosyć zabawnie wtenczas wyglądali. Nim słońce sięgnęło zenitu, rozległ się rzadko spotykany sygnał. Dong? Kołatanie? Raczej połączenie obu dźwięków. "Wreszcie pora żarcia!" - usłyszałam czyiś okrzyk i automatycznie odczułam głód. Nic dziwnego, ostatnim razem zakosztowałam posiłku poprzedniego wieczoru. Niemniej jednak nastał idealny moment, wobec tego okiełznałam pragnienie wszelkimi siłami. Prawdopodobnie nikt więcej nie odmówiłby sobie kolacji, któż więc miałby strzec pomieszczeń Sparrowa? Najwyżej powiedziałabym, że zabłądziłam.
Dla bezpieczeństwa odczekałam pięć minut, w następnej kolejności zeszłam na rajony dolnego pokładu. Przemierzyłam mapiarnię, nie wzbudzając szczególnego zainteresowania. Spostrzegając za prochownią kilka tajemniczych drzwi, chwilowo straciłam rozeznanie. Które wybrać? Po momencie wahania, popchnęłam lekko uchylone. Dodatkowo były delikatnie ciemniejsze.
Mym oczom ukazało się potężne zbiorowisko papieru, osobliwie wyglądających przedmiotów różnej przydatności oraz, standardowo już, pustych butelek. Okropny zapach wywoływał odruch wymiotny. Ruszyłam dalej, przysłaniając dłonią nozdrza. Spiętrzone sterty brudnego papieru, przypominały zwykłe śmieci. Sprawdziłam pięć zarysowanych kartek, przedstawiały wyłącznie bazgroły kreślone ołówkiem. Odzwierciedlały marne próby stworzenia mapy. Zastygłe plamy wosku sugerowały, że ich twórca pracował późną porą. Nie miałam czasu, ani zamiaru każdej dokładnie oglądać. Wątpiłam, bym znalazła w ich gronie choć jeden istotny zapis informacji. Rupiecie uniemożliwiały swobodny ruch wzdłuż kajuty. Czyli tak wyglądała słynna pracownia kapitana, gdzie planował barbarzyńskie ataki? Przynajmniej wiadomo, dlaczego większość kończyła się fiaskiem. Im dłużej wszystko analizowałam, tym większego doznawałam rozczarowania.
Nagle dostrzegłam gruby, czerwony materiał nie wielkich rozmiarów. Okrywał coś, co swym kształtem przywodziło na myśl skrzynię. Skutecznie przyciągał wzrok. Może znalazłabym pod nim skradzione złoto? Zamierzałam sprawdzić, czy trafnie postawiłam domysły, lecz wcześniej znalazłam ciekawszy drobiazg... Srebrno-czarną busolę. Najpierw dotknęłam kompasu opuszkami palców, wkrótce wolno go otworzyłam. Odniosłam silne wrażenie naruszania cudzej prywatności. Poniekąd nie mijało ono prawdy. Fakty kojarzyłam z niezmiernym opóźnieniem, ponieważ upłynęło kilka sekund nim zrozumiałam, co wskazuje zamiast północy.
− Niesamowite. AAA!!!
Trwało to ułamek sekundy. Moja talia obłapiona kleszczącym uściskiem, szyja muśnięta oddechem i ostrze tuż przy gardle. Upadł wyznacznik kierunku.
− Ptaszynka złapana na gorącym uczynku − tylko Jack posiadał tak głęboką barwę głosu.
~*~
Cóż, na razie relacje między Giorgianą, a Jackiem nie będą "cukierkowe", ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza... :))
Powyższy fragment średnio mnie zachwyca. Wciąż brakuje opisów bohaterów, nie myślcie, iż nie zwracam na nie uwagi. W następnej notce obiecuję poświęcić trochę miejsca wyglądowi zewnętrznemu oraz wewnętrznemu postaci! :))
A teraz pora na ogłoszenia parafialne:
Po pierwsze - dziękuję wszystkim za liczne komentarze! :)) :** Nie spodziewałam się tego, dlatego jestem mile zaskoczona! Jesteście kochani, liczę, że zostaniecie ze mną do końca!
Już mogłam czuć się martwa...
Przypis:
Bimini* - De León słyszał od Indian, jakoby na mitycznej wyspie Bimini istniało "źródło wiecznej młodości". Uwierzywszy w tę legendę, zorganizował wyprawę na północ. Niewielka flotylla udała się na północ w roku 1513. Po krótkiej żegludze de León odnalazł ląd. Wybrzeża dostrzeżono dokładnie w niedzielę palmową, stąd też nowo odkrytym ziemiom nadano nazwę Floryda.[potrzebne źródło]
Cóż, na razie relacje między Giorgianą, a Jackiem nie będą "cukierkowe", ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza... :))
Powyższy fragment średnio mnie zachwyca. Wciąż brakuje opisów bohaterów, nie myślcie, iż nie zwracam na nie uwagi. W następnej notce obiecuję poświęcić trochę miejsca wyglądowi zewnętrznemu oraz wewnętrznemu postaci! :))
A teraz pora na ogłoszenia parafialne:
Po pierwsze - dziękuję wszystkim za liczne komentarze! :)) :** Nie spodziewałam się tego, dlatego jestem mile zaskoczona! Jesteście kochani, liczę, że zostaniecie ze mną do końca!
Po drugie - wciąż dopracowuję styl i słownictwo, przez co zdarzają mi się błędy. Będę wdzięczna, za wskazywanie mi ich, tak jak zrobiły to dwie osoby w poprzednich notkach... Nie bójcie się, nie jestem dumną księżniczką, by poczuć się przez to dotknięta! ;) Za wszystkie wskazówki dziękuję z całego serca! :))
Po trzecie- jak widzicie, blog jest w modernizacji. Zamówiłam już zwiastun i szablon, ale na ten drugi mogę czekać nawet do początku czerwca. Wybaczcie.
I po czwarte - fragmenty będą się pojawiać z mniejszą częstotliwością, gdyż inaczej opowiadanie szybko dobiegło by końca... :D Nie zamierzam tworzyć opery mydlanej, przewiduję koniec "Pocałunku pirata". Nie martwcie się jednak, nie będą to długie przerwy, a koniec jest jeszcze bardzo, bardzo odległy! :))
I po czwarte - fragmenty będą się pojawiać z mniejszą częstotliwością, gdyż inaczej opowiadanie szybko dobiegło by końca... :D Nie zamierzam tworzyć opery mydlanej, przewiduję koniec "Pocałunku pirata". Nie martwcie się jednak, nie będą to długie przerwy, a koniec jest jeszcze bardzo, bardzo odległy! :))
To tyle, bo inaczej zanudzę Was na śmierć... :D
Pozdrawiam wszystkich gorąco!!! :3 :**
