czwartek, 21 maja 2015

Informacja + zwiastun!

Chciałabym gorąco przeprosić Was wszystkich za to, że w tym tygodniu nie ukaże się nowy rozdział... :(( Wiedzcie, ową wiadomość ogłaszam z bolącym sercem! Cały luty, marzec oraz kwiecień, kolosalnie mówiąc "bimbałam sobie", więc narobiło mi się mnóstwo zaległości w szkole. Nadrabiam je, ale dopiero przez weekend będę mogła pisać. :( Pozostało mi stworzenie sceny walki, więc potrzebuję do tego skupić komórki mózgowe odpowiadające za wyobraźnie. :D Myślę, że na poniedziałek się wyrobię, a jeżeli nie, śmiało możecie mnie zabić! :D
Dziękuję Wam przeogromnie za wszystkie komentarze, naprawdę mnie motywują! :) Postaram się też na wszystkie odpowiedzieć i odwiedzić Was jak najszybciej!
Co do drugiego opowiadania, niestety, do czerwca jestem zmuszona go zawiesić. Nie mam kompletnie czasu, porwałam się chyba z motyką na słońce. Wybaczcie mi!
Wciąż czekam na ostateczny szablon, nie wiem jeszcze ile ma potrwać jego tworzenie, mam nadzieję, iż niebawem "ujrzy światło dzienne". :D Poszukuję również bety, zdaję sobie sprawę, że poprzednim notką przydałyby się gruntowne poprawki, robię co w mojej mocy, jednak to wciąż za mało. :( Sama nie dam sobie rady.
Na otarcie łez prezentuję Wam, zwiastun "Pocałunku pirata". Co prawda zawiera jedną literówkę, oddałam go do poprawy, lecz nie mogłam się powstrzymać! :D Dziękuję za niego przeogromnie Pauline I jak się podoba? ;)
Dobrze, koniec zanudzania! Obiecuję wziąć się w garść i już nigdy więcej Was nie zaniedbać! :)) :**
Pozdrawiam wszystkich i ściskam z całych sił!!! :)) <3



wtorek, 5 maja 2015

1. "Gra sekretów" - cz. II

       Przybywam z drugą częścią pierwszego rozdziału! Zapraszam do czytania i komentowania! :))

                                                     ~*~

Nazajutrz obudził mnie potworny ból głowy. Przykra konsekwencja nocnych harców. Przetarłam oczy, rozmasowałam skronie i rozejrzałam się uważnie. Dlaczego, u diaska, leżałam zupełnie naga, a dookoła zostało porozrzucane męskie odzienie, butelki po rumie, drobne przedmioty użytku osobistego oraz stosy splamionego pergaminu? Gdzie podziałam własne rzeczy? Nie potrafiłam sobie przypomnieć, jak wylądowałam w tamtej kajucie. Najwidoczniej już do kogoś należała. Promienie słoneczne, wpadające przez dwie maleńkie szyby, demaskowały kurz. Wnętrze przypominało stajnię Augiasza.
Na jednym z krzeseł dostrzegłam coś, co teoretycznie mogłabym założyć, ale praktycznie ubrania również posiadały właściciela. Biała koszula, ciemne spodnie, szeroki pas i buty. Walczyłam ze sobą, dokąd pokładowe odgłosy się nie wzmogły. Wówczas naciągnęłam prześcieradło pod samą szyję, pochwyciłam elementy garderoby, następnie odziałam nimi gołe ciało.
Chwilę później wychyliłam ostrożnie głowę zza skrzypiących drzwi, pragnąc przed wyjściem wybadać odrobinę terenu. Panował istny zamęt. Załoganci Czarnej Perły uwijali się niczym mrówki. Wznoszono żagle, ciągnięto liny, taszczono ciężkie załadunki. Jedni krzykiem ponaglali drugich. Olbrzymi, jednooki mężczyzna dyrygował twardo innymi, musiał być bosmanem. Praktycznie nikt nie stał bezczynnie, wolano chyba czymkolwiek zająć ręce, niż marnować czas. Wyraźnie mieliśmy spore opóźnienie. Wiedząc, iż powinnam była prędko znaleźć sobie miejsce, gdyż inaczej otrzymałabym srogą karę, dopadłam pierwszą lepszą rzecz. Puste wiadro.
− Witam panienkę na Czarnej Perle! − zadudnił niski głos za moimi uszami.
Podskoczyłam lekko, upuszczając przy tym drewniany przedmiot.
  − Wybacz, zapomniałem wczoraj podać swego imienia. Jestem Joshamee, lecz wszyscy mówią mi Gibbs.
  Przywitała mnie twarz uśmiechniętego, brodatego pirata. W prawej dłoni trzymał zwój map, lewej zaś lunetę. Dygnęłam grzecznie.
− Dzień dobry, ja to... − Cholera. Co jeżeli wiedzieli kogo poszukiwała flota? Gdybym została zdemaskowana, posłużyłabym jako przynęta, oni zgarnęliby okup i pozamiatane. Przełknęłam wolno ślinę. − Jane Harvey. Miło pana poznać.
− Podejrzewam, że nie czujesz się dziś najlepiej. Rum ma niestety dwa oblicza.
Doznałam zażenowania. Ciekawe, jak odbierają tu kobietę niestroniącą od kieliszka. Panowie, z którymi dotychczas piłam, zazwyczaj okazywali zadowolenie. Wykluczając oczywiście porządniejszych.
− Ciężko stwierdzić. Bardziej męcząca jest dezorientacja. Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego zajęłam czyjeś posłanie i... − skrępowanie odcisnęło piekące ślady na moich policzkach. − Spałam nago.
Joshamee poczerwieniał, gładząc przerzedzoną czuprynę.
− Spokojnie. Postanowiłem oddać ci swoją kajutę. Niewieście nie przystoi spoczywać wśród mężczyzn, a mi tam korona z głowy nie spadnie. Osobiście cię do niej zaprowadziłem. Wszyscy, łącznie ze mną, byli zbyt pijani, aby zdołać niepokoić damę. Halkę musiałaś ściągnąć sama - ostatnie zdanie wzmogło niezręczność.
Kto by myślał zadawać tego typu pytania dopiero poznanemu piratowi. Swoją drogą, nie zastałam jeszcze tak kulturalnego łotra. Mówił całkiem rzeczowo, dlatego uwierzyłam. "Jeśli spotkam więcej podobnych mu wyjątków, może polubię tą bandę" − pomyślałam.
  − Zawsze byłem przeciwny zabieraniu kobiety na pokład, bo przynosi murowany pech, ale przy Jacku żadne fatum nam nie straszne. Jestem jego prawą ręką, znamy się jak łyse konie. Pewnie słyszałaś o nim co nie co, musisz ocenić ile prawdy zawierają pogłoski. Dziwactwa kapitana trzeba zaakceptować. Pamiętaj także, aby darzyć szacunkiem Czarną Perłę. Kocha ją bardziej od własnej matki.
Szczerze powiedziawszy, słuchałam mało uważnie. Odpłynęłam bowiem myślami. Nagliło mnie wiele spraw, wypadałoby zacząć węszyć.
− Rozumiem. Są na statku miejsca zakazane dla załogi? Widzisz, nie chciałabym rozzłościć kapitana, wchodząc przez pomyłkę tam, gdzie nie powinnam − udałam niewiniątko. Gibbs łyknął haczyk.
− Raczej nie, jednak lepiej bez konkretnego powodu nie odwiedzać gabinetu oraz kajuty Jacka. Szczególnie, gdy pracuje. Znajdują się poniżej pokładu. Chociaż nikogo jeszcze nie obdarł za to ze skóry − zarechotał.
Świetnie! Wystarczyło jedynie ustalić porę i przystąpić do dzieła! Sparrow tymczasem trzymał ster, wpatrując się równocześnie w kompas.
− No dobrze, obowiązki naglą. Otrzymałaś już konkretne zadanie? − spytał mój rozmówca, a ja zaprzeczyłam. − Będziesz asystentką Mensfalda.
Przywołał ciemnoskórego kamrata.
− Weź Jane pod opiekę, tudzież naucz czego potrzeba.
Niejaki Levis nie sprawiał pozytywnego wrażenia. Spojrzeniami okazywał pogardę. Wykonując choćby najprostszą czynność, demonstrował narcyzm. W oczach tego pirata byłam marnym, niezdolnym dziewczątkiem. Chętnie dałabym popalić bufonowi.
− Zgaduję, że nie potrafisz pleść lin − rzucił tonem pełnym wyższości.
Stanęliśmy nad koszem długich, bawełnianych wstęg. Przykucnęłam, wyjęłam dwie pary, po czym zaczęłam przebierać zwinnie palcami.
− Ocenisz, kiedy skończę.
Z nowo powstałych sznurów należało stworzyć buchty, czyli specjalne zwoje. Żmudne zajęcie. Dodatkowo zanudzanie mojej osoby stanowiło punkt honoru Mensfalda. Przeszło dwie godziny rozprawiał o niezmiernie ekscytujących węzłach. Rozumiem wiele. Naprawdę. Mógł dumnie prezentować miano eksperta, lecz ile przystoi?!? Nawet nie udałam zainteresowanej.
− Do cumowania służy ten żeglarski, rybacki, łańcuchowy, sztyk. Jeszcze polowy podwójny − powtórzył setny raz.
Ziewnęłam ostentacyjnie, co mój nowy współpracownik celowo zignorował. Oczekując niebiańskiego wybawienia, próbowałam nakreślić plan działania. Jakiegoż cudu miałam poszukiwać? Wiara, iż Jack przechowuje magiczne mikstury na wszelkie przypadłości, oznaczałaby obłąkanie. Zbiór czarodziejskich przepisów również brzmiał irracjonalnie. Może dotąd bliżej nieokreślony ratunek sam nasunie mi się pod ręce? Oh, iście złodziejskie marzenie.
Niespodziewanie pewien majtek, którego imienia nie zdążyłam poznać, odciągnął gdzieś Mensfalda. Uff, męki dobiegły końca. Porzuciłam wykonywaną czynność, ustaliłam miejsce pobytu kapitana i ruszyłam żwawym krokiem przed siebie. Nic nie zapowiadało, by Sparrow przerwał sterowanie statkiem. Postanowiłam wykorzystać sprzyjającą sytuację. Niestety, napotkałam pewną przeszkodę...
Uderzyłam całym ciałem w coś twardego. Hmm... Nie było to nic innego jak męska klata. Po uniesieniu wzroku, ujrzałam wysokiego, niebieskookiego blondyna. Czy tylko ja jedyna nie rumienię się na widok przystojnej twarzyczki?
− Przepraszam, wszystko dobrze?
− Jeśli spodziewałeś się zawrotu głowy, muszę cię rozczarować - parsknęłam zirytowana.
− Skądże. Nie przypuszczałem nawet, bym zetknął się z kobietą na okręcie. Piękne zaskoczenie... − pirat zmierzył mnie spojrzeniem.
− Daruj sobie!
− Zaczekaj! Nie pomyślałem o niczym, szarpiącym twoją godność.
Jeden potężny sus nieznajomego i kroczyliśmy blisko siebie. Chwilę potem przystanęliśmy.
− Od niedawna wiedziesz los kamrata, mam rację? Skoro obcy ci widok płci przeciwnej między piratami...
− Krótko, lecz widziałem więcej niźli większość tych starych, morskich wyjadaczy. Który zwiedził choćby legendarną Bimini*, hm?
Zjeżyłam się. Jestem przekonana, iż w moich oczach zatańczyły iskierki.
− Źródło wiecznej młodości, powiadasz? Znasz coś jeszcze niebywałego? Słyszałam również o azteckiej klątwie oraz luku Dave'go Jonesa, to prawda?
− No proszę, tak młoda, a tak obeznana. Mogę przekazać, co mi opowiedziano. Pytanie tylko, czy rzeczywiście lubisz historie z dreszczykiem?
Już otwierałam usta, kiedy rozległo się znaczące chrząknięcie. Oboje zdębieliśmy, widząc Jacka Sparrowa tuż obok. Czyżby podsłuchiwał?
− Przepraszam, że przerywam pogawędkę szanownemu państwu, lecz jak mnie słuch nie myli, bosman pragnie kogoś widzieć − zwrócił się do młodzieńca. Ten, uciekł prędko zupełnie spłoszony. − A podłogi same nie zaczną lśnić.
Niby miałam je szorować? Pff! Gdyby to nie wystarczyło, rzucił mi pod nogi paskudną ścierę. Próbowałam całą sobą zapanować nad chęcią oplucia jego pijackiej gęby. Zaprzepaściłabym wielką szansę, ale cóż... Satysfakcja ogromna. Podniosłam szmatę wbrew zamiarom, łypiąc wściekle na kapitana. Podszedł bliżej. Uniósłszy kąciki ust, oparł łokieć o balustradę. Zareagowałam przeciwnie, fukając niczym rozjuszona kotka.
− Stałaś się atrakcją załogi.
− Zdziwiony? Piękno cieszy oczy - zadarłam wyniośle podbródek. Niech wie z kim rozmawia.
− Zwłaszcza łajdaków, najbardziej złaknionych przyjemności − zaakcentował dobitnie każde słowo i uchwycił moje przedramię.
− Nie zamierzam zaspakajać samczych popędów, więc łapy precz, panie Sparrow.
− Jak już, kapitanie Sparrow. Płyniesz pirackim okrętem, gdzie żądzę JA! Wykonujesz polecenia, albo mówimy sobie "hasta la vista", czaisz malutka? Właśnie, wspominałem o pistolecie z jedną kulą? − tryumfalny wyraz twarzy mężczyzny, niemal wywołał we mnie furię.
− Tak jest panie kapitanie − syknęłam przez zaciśnięte zęby.
− Znacznie lepiej. Bez obaw, odkryję po jakie licho zaciągnęłaś tu swój śliczny tyłeczek. Paniusia piratem, dobry żart.
− Powodzenia.
− Tobie bardziej się przyda. Miłej roboty!
Myślicie, że okazał tym szczyt bezczelności? Otóż nie! Zakończywszy naszą wymianę zdań, wziął na stronę pierwszego oficera, aby mruknąć "dyskretnie" do jego ucha:
− Nie spuszczaj smarkuli z oczu.
Gibbs wyraźnie zdradził swe rozdarcie. Wpierw niewyraźnie mamrotał usprawiedliwienia, później wykonywał nerwowe gesty. Chyba darzył moją osobę nicią sympatii.
− Wypatruj też bacznie "Anny". Nasz drogi Hektor musi być blisko! − dopowiedział Jack, wykonując zamaszysty obrót.
Skończony sukinsyn, jeszcze mu pokażę! Gdy tylko zdobędę potrzebne informacje, nic nie stanie mi na drodze.
Joshamee chcąc lub nie, natychmiast podporządkował się poleceniom przełożonego. Wystarczyło, iż postawiłam malutki krok, on czynił to samo. Nieustannie towarzyszył mi cień typa o niedźwiedziej posturze. Targnęła mną frustracja. Dobrze, wypoleruję im ten pieprzony pokład, pod warunkiem, że nie będę obserwowana. Moje poniżenie nie stanie się publiczną atrakcją. Demonstrując bunt, usiadłam skrzyżnie nieopodal słupa z bocianim gniazdem. Oficer pokręcił jedynie dezaprobująco głową. Łagodna reprymenda.
Przeczekałam tak, aż do zachodu słońca, obserwując mewy oraz członków załogi, którzy usiłowali omijać mnie wzrokiem szerokim łukiem. Dosyć zabawnie wtenczas wyglądali. Nim słońce sięgnęło zenitu, rozległ się rzadko spotykany sygnał. Dong? Kołatanie? Raczej połączenie obu dźwięków. "Wreszcie pora żarcia!" - usłyszałam czyiś okrzyk i automatycznie odczułam głód. Nic dziwnego, ostatnim razem zakosztowałam posiłku poprzedniego wieczoru. Niemniej jednak nastał idealny moment, wobec tego okiełznałam pragnienie wszelkimi siłami. Prawdopodobnie nikt więcej nie odmówiłby sobie kolacji, któż więc miałby strzec pomieszczeń Sparrowa? Najwyżej powiedziałabym, że zabłądziłam.
Dla bezpieczeństwa odczekałam pięć minut, w następnej kolejności zeszłam na rajony dolnego pokładu. Przemierzyłam mapiarnię, nie wzbudzając szczególnego zainteresowania. Spostrzegając za prochownią kilka tajemniczych drzwi, chwilowo straciłam rozeznanie. Które wybrać? Po momencie wahania, popchnęłam lekko uchylone. Dodatkowo były delikatnie ciemniejsze.
Mym oczom ukazało się potężne zbiorowisko papieru, osobliwie wyglądających przedmiotów różnej przydatności oraz, standardowo już, pustych butelek. Okropny zapach wywoływał odruch wymiotny. Ruszyłam dalej, przysłaniając dłonią nozdrza. Spiętrzone sterty brudnego papieru, przypominały zwykłe śmieci. Sprawdziłam pięć zarysowanych kartek, przedstawiały wyłącznie bazgroły kreślone ołówkiem. Odzwierciedlały marne próby stworzenia mapy. Zastygłe plamy wosku sugerowały, że ich twórca pracował późną porą. Nie miałam czasu, ani zamiaru każdej dokładnie oglądać. Wątpiłam, bym znalazła w ich gronie choć jeden istotny zapis informacji. Rupiecie uniemożliwiały swobodny ruch wzdłuż kajuty. Czyli tak wyglądała słynna pracownia kapitana, gdzie planował barbarzyńskie ataki? Przynajmniej wiadomo, dlaczego większość kończyła się fiaskiem. Im dłużej wszystko analizowałam, tym większego doznawałam rozczarowania.
Nagle dostrzegłam gruby, czerwony materiał nie wielkich rozmiarów. Okrywał coś, co swym kształtem przywodziło na myśl skrzynię. Skutecznie przyciągał wzrok. Może znalazłabym pod nim skradzione złoto? Zamierzałam sprawdzić, czy trafnie postawiłam domysły, lecz wcześniej znalazłam ciekawszy drobiazg... Srebrno-czarną busolę. Najpierw dotknęłam kompasu opuszkami palców, wkrótce wolno go otworzyłam. Odniosłam silne wrażenie naruszania cudzej prywatności. Poniekąd nie mijało ono prawdy. Fakty kojarzyłam z niezmiernym opóźnieniem, ponieważ upłynęło kilka sekund nim zrozumiałam, co wskazuje zamiast północy.
− Niesamowite. AAA!!!
Trwało to ułamek sekundy. Moja talia obłapiona kleszczącym uściskiem, szyja muśnięta oddechem i ostrze tuż przy gardle. Upadł wyznacznik kierunku.
− Ptaszynka złapana na gorącym uczynku − tylko Jack posiadał tak głęboką barwę głosu.
Już mogłam czuć się martwa...

         


~*~   

Przypis:
Bimini* - De León słyszał od Indian, jakoby na mitycznej wyspie Bimini istniało "źródło wiecznej młodości". Uwierzywszy w tę legendę, zorganizował wyprawę na północ. Niewielka flotylla udała się na północ w roku 1513. Po krótkiej żegludze de León odnalazł ląd. Wybrzeża dostrzeżono dokładnie w niedzielę palmową, stąd też nowo odkrytym ziemiom nadano nazwę Floryda.[potrzebne źródło]

~*~
Cóż, na razie relacje między Giorgianą, a Jackiem nie będą "cukierkowe", ale mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza... :))
Powyższy fragment średnio mnie zachwyca. Wciąż brakuje opisów bohaterów, nie myślcie, iż nie zwracam na nie uwagi. W następnej notce obiecuję poświęcić trochę miejsca wyglądowi zewnętrznemu oraz wewnętrznemu postaci! :))
A teraz pora na ogłoszenia parafialne:
Po pierwsze - dziękuję wszystkim za liczne komentarze! :)) :** Nie spodziewałam się tego, dlatego jestem mile zaskoczona! Jesteście kochani, liczę, że zostaniecie ze mną do końca!
Po drugie - wciąż dopracowuję styl i słownictwo, przez co zdarzają mi się błędy. Będę wdzięczna, za wskazywanie mi ich, tak jak zrobiły to dwie osoby w poprzednich notkach... Nie bójcie się, nie jestem dumną księżniczką, by poczuć się przez to dotknięta! ;) Za wszystkie wskazówki dziękuję z  całego serca! :))
Po trzecie- jak widzicie, blog jest w modernizacji. Zamówiłam już zwiastun i szablon, ale na ten drugi mogę czekać nawet do początku czerwca. Wybaczcie.
I po czwarte - fragmenty będą się pojawiać z mniejszą częstotliwością, gdyż inaczej opowiadanie szybko dobiegło by końca... :D Nie zamierzam tworzyć opery mydlanej, przewiduję koniec "Pocałunku pirata". Nie martwcie się jednak, nie będą to długie przerwy, a koniec jest jeszcze bardzo, bardzo odległy! :))
To tyle, bo inaczej zanudzę Was na śmierć... :D
Pozdrawiam wszystkich gorąco!!! :3 :**

wtorek, 28 kwietnia 2015

1. "Gra sekretów" - cz. I

Ahoj kamraci!!!
Chciałam jeszcze przed majowym weekendem opublikować fragment pierwszego rozdziału no i jest. :)) Notkę czytałam trzykrotnie, myślę, że nie będziecie mieli większej trudności z czytaniem. Jeśli wystąpiła, śmiało dajcie znać! Zapraszam do czytania!

Proponowana muzyka: Pirates of the Caribbean 2 - Two Hornpipes (dwudziesta druga pozycja na liście)

                                                      ~*~
                                                             
Na wstępie pragnę przeprosić was za długi okres zwłoki. Obiecałam wkrótce opisać wszystkie przygody, jakie udało mi się przeżyć, jednak wydarzenia na morzu prędko przybrały nieoczekiwany oraz gwałtowny obrót. Aby zanurzyć umysł w głębinie wspomnień, potrzebna jest spokojna chwila.
Wreszcie nastaje cisza. Obrzucam troskliwym spojrzeniem śpiących kamratów. Wiem, że nad zbyt matczynym, lecz nie potrafię temu zaradzić. Do kapitańskich obowiązków należy sprawowanie opieki nad załogą. Całkiem odprężona, wertuję kartki pamiętnika tak długo, aż odnajduję najważniejszą datę...
Jeżeli drzemie w was nieposkromiony piracki zapał, jak też odwaga, poznajcie proszę moją historię:

Trzy lata wcześniej...

Powiadają, że ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła. Co jeżeli jest ona spowodowana troską o bliskich?
Wraz z nastaniem przypływu, odwiedzałam Tortugę, aby odnaleźć znajome, korsarskie twarze. Ludzi mojego kuzyna, Marka, oraz niedoszłego męża, Jonathana Cavendisha. (Chyba zapomniałam wspomnieć, iż zostałam zaręczona z angielskim arystokratą niebawem po ukończeniu dziesiątego roku życia.)
Marynarze ci, raz w przeciągu miesiąca bywali na Karaibach, brakowało im pewnie pirackich uciech. Sami niegdyś byli łotrami. Lękani widmem stryczka, dobrowolnie porzucili morskie grabieże, podejmując uczciwą pracę. Kiedy solidnie zmoczyli mordy rumem, nierzadko omawiali poufne plany lorda. Widocznie podsłuchiwali rozmowy kapitana z pierwszym oficerem, a może innych wysoko postawionych osobistości.
Dla mnie jednak liczyło się wyłącznie to, by zagrabić dla siebie jak najwięcej wieści dotyczących rodziny. Cavendish prawdopodobnie knuł spisek, chcąc posiąść bogate hrabstwo Devonshire. Człowieka tego cechowała skrajna chciwość, niejednokrotnie mordował dla kawałka ziemi lub sakiewki złota. Musiałam więc uważnie śledzić nowinki zza oceanu.
Moje uszy wypełniła tawerniana muzyka. Kroki stawiałam zdecydowanie, rzucając wzrokiem we wszystkie strony. Rozpusta, hulanki, swawole – oto główne atrakcje tej mieściny. Z beczek płynął mocny trunek, piraci mogli tłuc się ile dusza zapragnie, kule zaś przelatywały tuż nad głowami.
Ilustrowałam spojrzeniem miejsca, gdzie korsarze najczęściej ucinali pogawędki. Wybierali odleglejsze zakątki, ich cichszość umożliwiała wymianę zdań. Poszukiwania trochę trwały, już niemal odpuściłam, gdy nagle usłyszałam znane mi nazwisko. Lokalizacja kierunku dźwięku i bingo!
W lewym skrzydle tawerny, blisko okna, siedział niejaki Bates, przysadzisty brunet, majtek statku handlowego Cavendisha. Obok niego rozpoznałam Wetsona, zielonookiego rudzielca, członka floty morskiej Marka Devonshire.
Poprawiłam kaptur ciemnego płaszcza. Następnie zbliżyłam się do mężczyzn, nie przekraczając bezpiecznej odległości. Środki ostrożności, by pozostać nie rozpoznaną. Posiadam szczęśliwie wyostrzony słuch, dlatego stojąc kilka kroków dalej, wychwytywałam urywki rozmowy. Po serii narzekań, obrzucania kolegów wyzwiskami, niekiedy nawet bluźnierstw, padło coś interesującego. Pamiętam jedynie końcówkę dyskusji, brzmiała ona następująco:
– Niech mnie kule biją! – zawył podekscytowany Wetson.
– Cała Wielka Brytania huczy, nie doszły Cię żadne słuchy?
– Długo byłem na morzu. Czyli dziedzic wyraził zgodę? Choć z drugiej strony, na cóż mu potrzebna żona zmarłego wuja? – Rudzielec wykrzywił usta.
– Stary, wadliwy model. Pozbędzie się jej po ślubie, gdy tylko zgarnie swoją część majątku. Jest jeszcze kilka "przeszkód", które również musi usunąć. Zrobi to bez wątpienia.
Zamarłam. Moje najgorsze obawy właśnie znalazły potwierdzenie.
– Wiadomo, że groszem nie śmierdzi, jakiż czart trzyma przy nim dziedzica?
– Jego nazwisko nadal wiele znaczy, dopóki ma dobre układy, dopóty utrata lordowskiego tytułu draniowi nie grozi – Bates tłumaczył cierpliwie, aczkolwiek ton Anglika zdradzał znużenie.
– A jeśliby tak odnaleziono książęcą córkę? – dopytywał majtek.
– Georgiane uznano za martwą, ale jej powrót dużo by zmienił. Ktoś ocalał. Nikt normalny nie zgładziłby młodej żonki.
Przeszyła mnie kolejna fala dreszczy.
– Myśl co chcesz przyjacielu, jednak moim zdaniem młodemu Devonshir'owi brak honoru! Powinien zrobić z nim porządek! Nie istnieje ludzka uczciwość, skoro ktoś taki pozwala deptać dobre imię swego rodu i dopuszcza wilka do stada – Wetson uderzył pięścią w stół, okazując swe niezmierne oburzenie.
– Może oprzytomnieje nim będzie za późno. Wtedy Cavendish pożegna swoją reputację, posiadłość, a okręty zostaną zarekwirowane. Wyląduję na bruku.
– Głowa do góry Ericu! Dobrze cię znam, nie mniej niż ja marzysz, aby znów wieść piracki żywot!
Oblicze muskularnego mężczyzny wyraźnie rozpogodniało, wzniósł nawet toast za przyszłość pełną perspektyw.
Ogarnęła mnie panika. Potrzebowałam uporządkować chaotyczne myśli.
Około czterech lat temu, właśnie tutaj – na Tortudzę, dowiedziałam się, że cała angielska flota pod dowództwem nowego komodora, Ducass'a, drogiego bratanka mego ojca oraz lorda Cavendisha, poszukuje córki księcia Davenshire, uprowadzonej przez piratów. Ustalili prawdopodobną wersję zdarzeń, nie mogłam rozpłynąć się w powietrzu. Solidny szmat czasu patrolowali wody, wychwytując statki, które odznaczała ciemna bandera. Odpowiadał mi taki obrót sprawy, spragniona dreszczyku emocji, odwiedzałam czasem łajby znajomych piratów.
Mijały lata. Kosztowność bezowocnych wypraw nadwyrężała budżet wielu ludzi, wreszcie postanowiono zawiesić misję ratunkową.
Mark zamierzał unieważnić traktat przedmałżeński, co rozwścieczyło nieposkromionego lorda. Apetyt Cavendisha przybrał niebotycznych rozmiarów. Finalnie wynegocjował sporą zwłokę, gdyby przypadkiem wydarzył się cud. Cóż, rok oznaczał spore korzyści, narzeczeństwo wymagało opłaty. Bóg jednak nie raczył spełnić próśb przebiegłego mężczyzny. Dokument chylił się ku wygaśnięciu. Czym prędzej należało obmyślić intrygę, aby utrzymać źródło dochodów. Przypuszczam, że pomysł mariażu z moją mamą naszedł go od tak, szybciej niż zdążył mrugnąć okiem. Dokonanie zbrodni wymaga więcej wysiłku, trzeba dopracować każdy jej szczegół. Trucizna, sztylet, może nieszczęśliwy wypadek podczas podróży?
Bezradność potęguje wściekłość. Oddałabym wszystko dla ratowania rodziny.
Nie potrafiłabym w tejże sytuacji powrócić spokojnie do oceanu. Pozostać na otwartych wodach, przykuwając jednocześnie sobą uwagę Cavendisha? Właściwie istniało jedno rozwiązanie. Bates z Wetsonem wciąż plotkowali, "oby dostrzegli mnie kątem oka." Wychodząc zza rogu, zdjęłam kaptur i przemknęłam tuż przed ich nosami.
Piraci biesiadujący wewnątrz tawerny podnieśli radosne okrzyki, wrzawa rosła, słuchać było brzękot szkła. Chociaż panował ogólny chaos, dosyć spora grupka stanowiła centrum.
Podeszłam bliżej, zauważając ciekawą scenkę. Pewien mężczyzna pomylił najwyraźniej okrągły, szczerbaty stół ze sceną. Wymachiwał teatralnie rękoma, "u Szekspira miałby wzięcie" – myślałam, aż się nie zatoczył. "Talent" aktorski był efektem alkoholu. Kolejny pijak. Wykonał obrót o kilka stopni, dzięki czemu dostrzegłam kontur jego twarzy. Zaświtało mi w głowie jedno wspomnienie.
Ogromnie kogoś przypominał. Zaraz, zaraz... Wielkie nieba! Oto sam Jack Sparrow! Odgadłam, iż werbował załogę, gdyż któryś z jego towarzyszy zbierał podpisy.
Chyba nawet do mnie uśmiechnął się los. Jeżeli dobrze pójdzie upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Unieszkodliwię Cavendisha oraz odczynię zaklęcie. Sparrow uchodził przecież za specjalistę od klątw i morskich legend.
Wtem zgraja umilkła, kapitan natomiast zabrał głos:
– Wytężcie słuch szczury wodne! Mam dziś naprawdę dobry dzień, dlatego każdy bez wyjątku, będzie mógł dostąpić zaszczytu płynięcia Czarną Perłą!
Tłum zaczął wiwatować. Zdejmowano kapelusze tylko po to, by cisnąć nimi w górę.
– Nawet kobieta? – spytałam, kiedy trochę ucichło.
Jack zerknął za siebie. Czarne oczy pirata błysnęły.
– Naturalnie. Jednakże żadna nie jest w stanie obcować z bandą wiecznie nachlanych, wyzbytych ze
wszelkich manier, hańbiących dobre obyczaje i gwałcących normy społeczne, nieokrzesańców. Nie przeboleję takiej straty, jeśli podążysz śladem, targających się na swoje życie poprzedniczek.
Czyżby ostrzeżeniem damy usiłował spełnić dobry uczynek?
– Zdążyłam przywyknąć.
Kapitan wzruszył nonszalancko ramionami.
– Tak też przypuszczałem. Przywitaj nową załogę złotko! – rzucił, pochwyciwszy butelkę rumu.
Dołożyłam wszelkich starań, a żeby mój uśmiech nie wypadł sztucznie. Rzecz jasna musiałam oblać zdrowie kapitana. Pozostałej reszty również. Łatwo odgadnąć, że prędko dopadły mnie oznaki wstawienia. Źle, zamiast balować powinnam planować dokładne działanie. Ryzykownie znów iść pod prąd. Trudno jednak zwalczyć pokusę tańca po niemalże wiekowej abstynencji. Dałam się wciągnąć wirowi.
Noc na Tortudze to czas orgii, pojedynków, szalonych decyzji. Dantejskie sceny są tam normalnością. Widziałam małżeństwo, ciskające w siebie szklane przedmioty, Chińczyka ganiającego dziką świnię, kurtyzanę tarzającą się we własnych wymiocinach, i tak dalej. Dziwne, że nie poczułam jeszcze obrzydzenia. Rum ukoił wszelkie troski. Niestety, zmęczenie, spowodowane przebywaniem na stałym lądzie, dawało o sobie znać. Jack otoczony dwiema krągłymi niewiastami – to ostatni obraz jaki pamiętam. Później kształty straciły ostrość.
                                                                                           



Nudziły Was te dłuższe opisy? Spokojnie, mnie również. Ciężko pisało mi się, choćby o przeszłości Georgiany, jednak musiałam przez to przebrnąć, aby opowiadanie miało ręce i nogi. Pojawiło się sporo nazwisk oraz zawiłości, jeśli coś jest nie jasne, np. o zdjęcie jakiej klątwy chodziło Georgianie, pytajcie w komentarzach, odpowiem z przyjemnością. :) 
Obiecuję, że kolejna część będzie prostsza, a sceny na morzu ciekawsze... 
Przyjemnie spędzonego weekendu majowego!
Pozdrawiam wszystkim serdecznie i proszę grzecznie o opinie. :))
P.S - Od wczoraj jestem adminką stronki na Facebook'u (Jaram się Jack'iem Sparrow'em jak on rumem). Z tego miejsca chciałabym podziękować Jagodzie za przygarnięcie mnie! :)) Zapraszam do śledzenia oraz lajkowania postów! ;) <3 *.*



wtorek, 21 kwietnia 2015

Prolog

Wzburzone fale rozbijały się o skaliste wybrzeże zatoki bałwanów. Niebo nad horyzontem groźnie pociemniało, zwiastując pierwsze oznaki nadciągającego sztormu. Podmuch porywistego, północno zachodniego wiatru wywołał gęsią skórkę na moich odsłoniętych, opalonych ramionach. Spróbowałam otulić się haftowaną chustą, lecz pod naporem żywiołu wypuściłam ją niechcący. Mogłam jedynie obserwować, jak szybuje wysoko w powietrzu. Zmrużonymi oczyma dostrzegłam zarys rodzinnego herbu, zdobiącego drogocenny materiał. Jastrząb i dwie szable. Cóż ostało się z kufrów pełnych klejnotów, sukien, pachnideł oraz innych wyszukanych bogactw? Kilka szmat w postaci halek, bądź zwiewnych okryć... Serce, a w nie mniejszym stopniu rozsądek, apelował przed kradzieżą większej ilości rzeczy z pałacu. Oh, przepraszam, nie można bynajmniej być złodziejem czegoś, co należy do nas. Plotę absurdy.
Zmarznięta, postanowiłam spędzić tę noc w jaskini. Na dnie oceanu trudno znaleźć wypoczynek, tym bardziej podczas burzy, gdyż wszystkie stworzenia są niespokojne. Byłam wyczerpana ciągłym patrolem podwodnego szlaku, łowami, doglądaniem młodych syren. Człowiek potrzebuje większej ilości snu, chyba za nim tęskniłam najmocniej.
Niska, aczkolwiek szeroka grota przywitała mnie wilgotnym ciepłem. Ognisko jeszcze się tliło, nie pozwoliłam dogasającym płomykom odejść w nicość.
Odkąd oddałam się zewowi oceanu, szukałam ziemskiego zakątka, gdzie mogłabym przechowywać kilka ruchomości. No i znalazłam. Nieopodal małej butelki mocnego trunku, spoczywało pewne zawiniątko. Pamiętam każde słowo przelane na jego pożółkłe stronice. Opisałam całe swoje życie, od kołyski, aż do momentu, w którym przepowiednia znalazła spełnienie. Najwięcej miejsca poświęciłam ojcu... Boże, tak strasznie za nim tęsknię. Teraz brakuje mi słów, by go opisać. Książę? Podróżnik? Nie, to o wiele za mało! On dokonał niemożliwego, powinien stać się legendą, tymczasem pamięć o nim niebawem bezpowrotnie zgaśnie.
Minęło dziesięć lat, jak Charles Devonshire, właściciel angielskiego hrabstwa, przemierzał morskie mile w poszukiwaniach nieodkrytych lądów. Na swój statek zwerbował najznakomitszych korsarzy oraz podróżników z półwyspu Iberyjskiego. Niestety, spotkało ich wielkie nieszczęście. Wpadli w sidła cyklonu, jedynie Charles i jego przyjaciel Frederic cudem ocaleli. Po morderczej walce z południowymi wodami, udało im się do dryfować na bezludną wyspę. Spędzili tam rok, żyjąc niczym dzikie zwierzęta. Rozbitków odnaleźli kupcy, którzy wyznaczali nowy szlak. Mojemu ojcu nie było dane postawić znów stopy na ziemiach Wielkiej Brytanii, zmarł bowiem w trakcie drogi powrotnej z powodu wysokiej gorączki. Paradoks, prawda? Przetrwał tyle by umrzeć, gdy od domu dzieliła go ostatnia prosta.
Co do Frederica, niedługo po przybyciu został umieszczony w szpitalu dla obłąkanych, ponieważ głosił bywalcom tawern nieprawdopodobną historię. Zdaniem Portugalczyka, życie zawdzięcza trójzębowi, wrzuconemu na statek przez spienione wody podczas cyklonu. Pochwycili go wraz z Charlesem, a następnie obaj wyskoczyli ze statku. To on wyciągnął mężczyzn na powierzchnię, po czym wydostał ze śmiercionośnego wiru. Kiedy byli już bezpieczni, owe berło Posejdona zniknęło w równie magiczny sposób, w jaki się pojawiło. Znający legendy piraci, wierzyli mu z przymrożeniem oka. Mężczyzna przyciągnął tarapaty dopiero wtedy, gdy zaczął przedstawiać swoją wersję wydarzeń wysoko posadzonym osobistością. Ci, prędko znaleźli mu szereg specjalistów. Oczywiście dano mu wybór. Szedł w zaparte, więc to musiało skończyć się zakładem zamkniętym.
Choć miałam zaledwie dziewięć lat, pamiętam, jak tuż po pogrzebie ojca Frederic podszedł do mnie, i wręczył wisiorek, przypominający kształtem muszelkę.
– Ojciec pragnął ci go podarować − rzekł pełen dziwnego niepokoju.
Myślałam, że wewnątrz odnajdę perłę, ale nic z tych rzeczy. Wtedy wszystko się zaczęło...
Koszmar, czy piękny sen niczym marynarska opowiastka? Targają mną sprzeczne emocje, nie potrafię zdecydować. Najpierw tęsknota za dotykiem fal. "Pójdzie w ślady pana Devonshire" - powiadali. Mój kuzyn, który odziedziczył książęcy majątek, nie krył wściekłości z tego tytułu. Stanowiłam kartę przetargową, na rynku matrymonialnym oczywiście. Nikt jednak nie zdołał mnie powstrzymać. Bez niczyjej pomocy opanowałam sztukę pływania. Całe dnie spędzałam nad brzegiem morza, zahipnotyzowana jego szumem. Oczarowana, wyobrażałam sobie przepiękny śpiew.
Którejś gwieździstej nocy, wymknęłam się przez balkon, aby ukoić uszy ulubionym dźwiękiem. Trwała pełnia. Ilekroć o tym pomyślę, czuję ekscytację, przerażenie, a wspominam dziecięcą ciekawość. Przymus kazał mi zboczyć z ścieżki, pójść w głąb lasu. Może przeznaczenie? Przy ujściu rwącego potoku stała białowłosa kobieta. Wyróżniał ją osobliwy strój, oglądałam podobne w książkach taty, ponoć charakteryzowały szamanów. Posiadała również nad wyraz kościstą twarz. Ogarnął mnie strach, nigdy wcześniej nie miałam styczności z prawdziwą czarownicą. Już prawie czmychnęłam, skryta za koronami leśnych krzewów, kiedy...
− Stój Georgiano! Czekałam na ciebie! − zadudnił głos zza mych pleców.
Zawróciłam bardzo powoli, lecz nic z siebie nie wykrztusiłam.
− O tak, moje maleństwo, nadeszła ta pora. Podejdź proszę.
Minęło wiele czasu, zanim zdołałam wykonać kilka nie pewnych kroków. Drżałam calusieńka i ciężko przełykałam ślinę. Widziałam nad sobą widmo śmierci.
− Wyciągnij prawą rękę, nie bój się.
Spowolnione ruchy, krople potu, serce walące jak młot... Kobieta, ze skupionym wzrokiem wypatrywała czegoś chwilę we wnętrzu mojej dłoni, po czym westchnęła przeciągle:
− A więc to prawda! Biedna dziecina. Władca mórz rości sobie srogą zapłatę, oh srogą!
Jej usta były sine, oddech cuchnący. Czyżby znała moją przyszłość? Słyszałam o wieszczkach, dlatego wstrząsnął mną dreszcz. Nie wiązałam jedynie wątków. Zapłata za co? Czarownica, jakby słyszała myśli, którym pragnęłam nadać dźwięk. Zamlaskała.
  − Nic za darmo kochanie. Książę zachował życie, gdyż w zamian mógł ofiarować śliczną córkę. Nim upłynie twa piętnasta wiosna, oddasz się mu w posługę. Zwabi cię, opęta, jesteś bezbronna. Raz zatracona, nie pożegnasz wód żywa, pamiętaj.
Wreszcie wydałam okrzyk przerażenia, popłynął on urywanym echem. Starucha lekko się cofnęła, wtedy ja ruszyłam biegiem. Niemalże prześcignęłam wiatr.
Więcej nie spotkałam owej kobiety. Próbowałam zapomnieć o nocnym zdarzeniu, jednakże wspomnienie wciąż powracało. Upływały lata, wraz ze wzrostem mego ciała, rosło pragnienie morza. Nie tłumił go nawet strach, spotęgowany przepowiednią. Zaczynałam też powoli wierzyć, iż Frederic mówił prawdę. Coś co ocaliło ich przed laty, żądało zadośćuczynienia, odbierając mi wolną wolę. Kilkakrotnie kazałam zamknąć się w komnacie na dzień lub dwa − tak mniej więcej wyglądał mój opór przed nieznanym. Daremny.
Słowa białowłosej znalazły wypełnienie wraz z nastaniem majowego wieczoru, za godzinę kończyłam piętnaście lat. Podświadomie byłam gotowa poświęcić wszystko. Najsilniejsza żądza, jakiej dotąd zaznałam, powiodła mnie do morza. Powoli zanurzałam ciało, pieściło je niczym dotyk kochanka. Fale podobne namiętnym pocałunkom... Żar niewinności oraz potęga niezmierzonej otchłani. Jakaś nieznana siła, obezwładniała mnie morskimi objęciami, doprowadzała do szaleństwa. W końcu brakło mi powietrza, nie mogąc się wydostać, straciłam przytomność. Jak długo przecinałam bezwładnie morską toń, pojęcia nie mam. Ze snu zostałam wyrwana syrenim śpiewem. Wpierw dostrzegłam tuzin pół kobiet, pół ryb, a następnie, że jestem jedną z nich. Stado przygarnęło mnie.
Myślałam, iż już nigdy nie odzyskam kończyn, bądź też stanę się bestią jak syreny, z którymi przyszło mi egzystować, ale los okazał łaskawość. Ludzkie atrybuty powracały na lądzie, natomiast przymus przedłużenia gatunku dotyczył tylko rodowitych syren. Byłabym marnym wabikiem żeglarzy. Tak sądzę. Sedno zniewolenia stanowił brak możliwości powrotu do poprzedniego życia. Im dłużej przebywałam poza oceanem, tym bardziej słabłam. Płynięcie statkiem, w wodzie, nieistotne, byle być blisko niego.
Po czterech latach  zwyczajnie przywyknęłam. Chociaż odczuwałam brak rodziny, domu, zaakceptowałam nową rzeczywistość. Lepsze to niż samobójstwo. Raz za czas przeżywałam pirackie przygody, ponieważ gościłam również na Tortudze. Nabrałam siły oraz odwagi. Dawno pożegnałam wysoko urodzoną damę. Okoliczności mnie do tego popchnęły.
Dni są jak krople oceanu.
Ogrzana paleniskiem, nasycona morskim pokarmem, zasnęłam błogo. Śniłam o dniu, w którym przyszło mi poznać pewnego charyzmatycznego kapitana i wynikającym z tego konsekwencjach. Gdyby ciemne chmury nie spowiły losów mojej rodziny, sprawy obrałyby zupełnie inny obrót. Za dwa wschody słońca czekała mnie kolejna przeprawa, może jeszcze barwniejsza. Finał nadciągał wielkimi krokami. Obiecuję opowiedzieć wszystko od początku, gdy tylko nabiorę sił.

~*~

Bardzo zależy mi na Waszej opinii, dlatego proszę o zostawieniu po sobie śladu w postaci komentarza. I jak, podobało się? :)

Miusic: Klaus Badelt, Hans Zimer, Various Artists